Nad wodą, na Pradze: pierwsze tygodnie NOMAD Warsaw

Ktoś napisał nam opinię, zanim otworzyliśmy drzwi.
Jedno zdanie, bez zdjęcia, bez oceny za jedzenie, którego jeszcze nie podaliśmy: „Czekam tylko, aż otworzycie :)”. Nie wiemy, kto to był. Wiemy tylko, że ktoś szedł wzdłuż Portu Praskiego, zobaczył światło w oknach i uznał, że warto o tym wspomnieć.
Otworzyliśmy 3 sierpnia 2026 roku. To krótka opowieść o tym, co wydarzyło się od tamtej pory.
Restauracja nad Wisłą, na którą Praga czekała
Warszawa ma dziwny stosunek do własnej rzeki. Przez dekady stała do niej tyłem — miasto rosło w głąb, a woda była czymś, co się mija w drodze do pracy.
Praga jest tego najlepszym przykładem. Przez lata mówiło się o niej wszystko poza tym, co najistotniejsze: że leży nad wodą.
Kiedy zobaczyliśmy lokal przy Józefa Sierakowskiego 1, decyzja zajęła mniej czasu, niż powinna. Port Praski, basen portowy, taras schodzący w stronę wody. Jeden z pierwszych gości ujął to potem lepiej, niż nam kiedykolwiek udało się w prezentacji: napisał, że Praga czekała na takie miejsce.
Nie będziemy się z tym spierać. Odnotujemy tylko, że to nie nasze słowa.
Z Neapolu, przez Bangkok, na Port Praski
Żeby otworzyć restaurację nad Wisłą, trzeba było najpierw objechać kawałek świata.
Anna zaczęła w kuchni swojej babci w Neapolu, gdzie przepisy podawano w jednostkach „szczypta tego i chlust tamtego”. W wieku dwudziestu jeden lat prowadziła własną włoską restaurację. Potem był Rzym. Potem Singapur — jako jedyna kobieta na stanowisku włoskiego executive chefa w mieście. Potem Bangkok.
Philippe przyjechał z zupełnie innej strony: doktorat z ekonomii, wykłady we Francji, dyplomacja w Polsce. Do gastronomii trafił późno i całkowicie, zakładając w Bangkoku D’ARK.
Razem spędzili w Tajlandii dwanaście lat. Wrócili z nich z jedną rzeczą, której nie da się zostawić na lotnisku: przekonaniem, że jedzenie, które pamiętamy najdłużej, prawie nigdy nie jest czyste gatunkowo. Powstaje tam, gdzie coś się o coś otarło.
Stąd nasza kuchnia. Polska, włoska i francuska baza, tajski akcent i żadnego udawania, że to spotkanie było zaplanowane od początku.
Karta, która zmienia się regularnie
Zmieniamy kartę regularnie. To po prostu konsekwencja tego, że kupujemy sezonowo i w małych ilościach.
Ma to jeden efekt uboczny, którego nie przewidzieliśmy: goście zaczęli wracać po konkretne dania, zanim znikną.
Najczęściej wracającą pozycją — w rozmowach i na zdjęciach — okazała się Arbuzowa Słodycz i Ogień: arbuz, krewetki, mielona wieprzowina, nam jim. Danie, które na papierze nie ma prawa działać.
Poza tym Rybne Tacos Baja-Blast, Paccheri w Mięsnym Uścisku, Ostry Kurczak i Ryż z Kalafiora oraz Obfitość Oceanu. I makarony — bez wskazywania jednej pozycji, po prostu makarony, o których słyszymy najczęściej.
O pizzy jeden z gości napisał zdanie, którego sami nigdy byśmy o sobie nie napisali: „Najlepsza pizza, jaką jadłem w Polsce”.
Zostawiamy je bez komentarza. To jego zdanie, nie nasze.
Taras, złota godzina, dzieci i psy
O tarasie dowiedzieliśmy się od gości więcej niż z własnych planów.
Wiedzieliśmy, że będzie ładny o zachodzie słońca — basen portowy załatwia to za nas. Nie przewidzieliśmy natomiast, że stanie się miejscem, w którym dzieci mogą się wybiegać, podczas gdy dorośli spokojnie kończą rozmowę.
Nie projektowaliśmy placu zabaw. Nie zamierzamy się kłócić.
Psy mile widziane. Bez pytania przy wejściu, bez tłumaczenia się, bez miski postawionej łaskawie za rogiem. Jeśli Wasz pies lubi patrzeć na wodę, ma u nas jedną z lepszych pozycji w mieście.
I jeszcze jedno, co zauważyliście wcześniej niż my: w porze lunchu jest u nas cicho. Bez tłoku, bez kolejki. Jeśli szukacie stolika, którego nie trzeba planować z tygodniowym wyprzedzeniem — to jest ta pora dnia.
Ściany, które ktoś zauważył
Otworzyliśmy się z pustymi ścianami. Nie z oszczędności — po prostu nie wiedzieliśmy jeszcze, co powinno na nich być.
Ktoś z gości napisał wprost, że sala się o to prosi.
23 sierpnia przestała. Osoba, która namalowała mural, przyjechała do nas z Paryża i pracowała na miejscu, na oczach gości, przy pełnej sali. Ludzie jedli obiad, patrząc, jak ściana za nimi zmienia się w coś innego niż była rano.
Ktoś zwrócił uwagę — i tak powstał mural. Mniej więcej tak to u nas działa.
Osiem języków przy jednym stole
Nazwaliśmy to miejsce NOMAD Warsaw, zanim mieliśmy prawo wiedzieć, czy nazwa się obroni.
Przez pierwsze tygodnie pisaliście do nas po polsku, angielsku, ukraińsku, węgiersku, hebrajsku, włosku, francusku i niemiecku. Ktoś zostawił zdanie, które zabrzmiało jak przysłowie i chyba nim jest: „Kto wyrusza w drogę, dociera do wspaniałych miejsc”.
Nazwa nie była deklaracją. Okazała się opisem tego, kto przychodzi.
Zajrzyjcie do nas
Jesteśmy otwarci codziennie od 9:00 do 22:00, przy Józefa Sierakowskiego 1 na Porcie Praskim. Taras czynny, dopóki pogoda pozwala. Psy mile widziane. Karta zmienia się w każdy poniedziałek.
Stolik można zarezerwować. Można też po prostu przyjść — o tej cichej porze dnia prawie zawsze coś się znajdzie.
Do zobaczenia nad wodą — Philippe & Anna





Komentarze