top of page

Nad wodą, na Pradze: pierwsze tygodnie NOMAD Warsaw

Zdjęcie autora: Philippe Lassaux
Philippe Lassaux
13 wrz
3 minut(y) czytania

Ktoś napisał nam opinię, zanim otworzyliśmy drzwi.


Jedno zdanie, bez zdjęcia, bez oceny za jedzenie, którego jeszcze nie podaliśmy: „Czekam tylko, aż otworzycie :)”. Nie wiemy, kto to był. Wiemy tylko, że ktoś szedł wzdłuż Portu Praskiego, zobaczył światło w oknach i uznał, że warto o tym wspomnieć.


Otworzyliśmy 3 sierpnia 2026 roku. To krótka opowieść o tym, co wydarzyło się od tamtej pory.


Restauracja nad Wisłą, na którą Praga czekała


Warszawa ma dziwny stosunek do własnej rzeki. Przez dekady stała do niej tyłem — miasto rosło w głąb, a woda była czymś, co się mija w drodze do pracy.

​

Praga jest tego najlepszym przykładem. Przez lata mówiło się o niej wszystko poza tym, co najistotniejsze: że leży nad wodą.

​

Kiedy zobaczyliśmy lokal przy Józefa Sierakowskiego 1, decyzja zajęła mniej czasu, niż powinna. Port Praski, basen portowy, taras schodzący w stronę wody. Jeden z pierwszych gości ujął to potem lepiej, niż nam kiedykolwiek udało się w prezentacji: napisał, że Praga czekała na takie miejsce.

​

Nie będziemy się z tym spierać. Odnotujemy tylko, że to nie nasze słowa.

​

Z Neapolu, przez Bangkok, na Port Praski


Żeby otworzyć restaurację nad Wisłą, trzeba było najpierw objechać kawałek świata.

​

Anna zaczęła w kuchni swojej babci w Neapolu, gdzie przepisy podawano w jednostkach „szczypta tego i chlust tamtego”. W wieku dwudziestu jeden lat prowadziła własną włoską restaurację. Potem był Rzym. Potem Singapur — jako jedyna kobieta na stanowisku włoskiego executive chefa w mieście. Potem Bangkok.

​

Philippe przyjechał z zupełnie innej strony: doktorat z ekonomii, wykłady we Francji, dyplomacja w Polsce. Do gastronomii trafił późno i całkowicie, zakładając w Bangkoku D’ARK.

​

Razem spędzili w Tajlandii dwanaście lat. Wrócili z nich z jedną rzeczą, której nie da się zostawić na lotnisku: przekonaniem, że jedzenie, które pamiętamy najdłużej, prawie nigdy nie jest czyste gatunkowo. Powstaje tam, gdzie coś się o coś otarło.

​

Stąd nasza kuchnia. Polska, włoska i francuska baza, tajski akcent i żadnego udawania, że to spotkanie było zaplanowane od początku.

​

Karta, która zmienia się regularnie

​

Zmieniamy kartę regularnie. To po prostu konsekwencja tego, że kupujemy sezonowo i w małych ilościach.

​

Ma to jeden efekt uboczny, którego nie przewidzieliśmy: goście zaczęli wracać po konkretne dania, zanim znikną.

​

Najczęściej wracającą pozycją — w rozmowach i na zdjęciach — okazała się Arbuzowa Słodycz i Ogień: arbuz, krewetki, mielona wieprzowina, nam jim. Danie, które na papierze nie ma prawa działać.

​

Poza tym Rybne Tacos Baja-Blast, Paccheri w Mięsnym Uścisku, Ostry Kurczak i Ryż z Kalafiora oraz Obfitość Oceanu. I makarony — bez wskazywania jednej pozycji, po prostu makarony, o których słyszymy najczęściej.

​

O pizzy jeden z gości napisał zdanie, którego sami nigdy byśmy o sobie nie napisali: „Najlepsza pizza, jaką jadłem w Polsce”.

​

Zostawiamy je bez komentarza. To jego zdanie, nie nasze.

​

Taras, złota godzina, dzieci i psy

​

O tarasie dowiedzieliśmy się od gości więcej niż z własnych planów.

​

Wiedzieliśmy, że będzie ładny o zachodzie słońca — basen portowy załatwia to za nas. Nie przewidzieliśmy natomiast, że stanie się miejscem, w którym dzieci mogą się wybiegać, podczas gdy dorośli spokojnie kończą rozmowę.

​

Nie projektowaliśmy placu zabaw. Nie zamierzamy się kłócić.

​

Psy mile widziane. Bez pytania przy wejściu, bez tłumaczenia się, bez miski postawionej łaskawie za rogiem. Jeśli Wasz pies lubi patrzeć na wodę, ma u nas jedną z lepszych pozycji w mieście.

​

I jeszcze jedno, co zauważyliście wcześniej niż my: w porze lunchu jest u nas cicho. Bez tłoku, bez kolejki. Jeśli szukacie stolika, którego nie trzeba planować z tygodniowym wyprzedzeniem — to jest ta pora dnia.

​

Ściany, które ktoś zauważył

​

Otworzyliśmy się z pustymi ścianami. Nie z oszczędności — po prostu nie wiedzieliśmy jeszcze, co powinno na nich być.

​

Ktoś z gości napisał wprost, że sala się o to prosi.

​

23 sierpnia przestała. Osoba, która namalowała mural, przyjechała do nas z Paryża i pracowała na miejscu, na oczach gości, przy pełnej sali. Ludzie jedli obiad, patrząc, jak ściana za nimi zmienia się w coś innego niż była rano.

​

Ktoś zwrócił uwagę — i tak powstał mural. Mniej więcej tak to u nas działa.

​

Osiem języków przy jednym stole

​

Nazwaliśmy to miejsce NOMAD Warsaw, zanim mieliśmy prawo wiedzieć, czy nazwa się obroni.

​

Przez pierwsze tygodnie pisaliście do nas po polsku, angielsku, ukraińsku, węgiersku, hebrajsku, włosku, francusku i niemiecku. Ktoś zostawił zdanie, które zabrzmiało jak przysłowie i chyba nim jest: „Kto wyrusza w drogę, dociera do wspaniałych miejsc”.

​

Nazwa nie była deklaracją. Okazała się opisem tego, kto przychodzi.

​

Zajrzyjcie do nas

​

Jesteśmy otwarci codziennie od 9:00 do 22:00, przy Józefa Sierakowskiego 1 na Porcie Praskim. Taras czynny, dopóki pogoda pozwala. Psy mile widziane. Karta zmienia się w każdy poniedziałek.

​

Stolik można zarezerwować. Można też po prostu przyjść — o tej cichej porze dnia prawie zawsze coś się znajdzie.

​

Do zobaczenia nad wodą — Philippe & Anna

 
 
 

Komentarze


bottom of page